|
|
| Po wielu godzinach
lotu docieramy do Chile, gdzie spędzamy kilka dni organizacyjnych.Po trzech
dniach wynajętym busem ruszamy do Argentyny do miejscowości Punta de Inca,
z której to ma rozpocząć się nasza przygoda.Andy to wspaniałe góry. Jesteśmy
zachwyceni . Po dwóch dniach morderczego marszu docieramy do bazy 4370m
Plaze de Mulass.Chłopcy rozbili namiot. Ja mocno zmęczony kładę się w śpiworze.
Myślę o kolejnych czekających mnie dniach.Maciek i Andrzej postanawiają
wyjść na 5600 i w miarę możliwości rozpoznać teren.Zabierają ze sobą pewien
zapas żywności, aby zostawić go w miejscu naszej następnej bazy.Brakuje
nam radiostacji i nie mamy żadnej łączności ze sobą, dlatego też spędzam
kilka godzin przed namiotem bacznie wypatrując kolegów. Nadchodzi
dzień, w którym rozstajemy się z bazą, ruszamy w górę. Jest bardzo zimno
, idziemy powoli. Chłopcy są blisko mnie starając się pomóc w trudnych
chwilach.Na wysokości 5100 spotykamy Marka Kamińskiego, znanego w
świecie zdobywcę dwóch biegunów.Marek rezygnuje ze zdobycia szczytu, nie
ma czasu , aby czekać na poprawę pogody. Powyżej 6000m szaleje huraganowy
wiatr, niepozwalający nikomu wyjść na szczyt.Rozbijamy namioty na 5400m
pozostając tu na noc. Maciek i Andrzej schodzą do bazy na 4300 chcą donieść
w tym samym dniu dużą ilość jedzenia i gazu i resztę rzeczy dla mnie.Kolejne
dni to łapanie aklimatyzacji i podejście na 6000m do tak zwanego Berlina
i następnie powrót do bazy na 5400m.29 stycznia zapalnowaliśmy dojście
do Berlina i tam czekać na ten jeden jedyny dzień, w którym można by było
wyjść na szczyt.Nareszcie przyszła piękna bezwietrzna pogoda. W kilka godzin
dotarliśmy na 6000m.Przed nami był tylko szczyt, na którym nie stanął wcześniej
żaden człowiek o kulach. Spoglądam na metalowy krzyż prosząc Boga o pozwolenie
i pomoc w wyjściu na szczyt. Zachodzące słońce funduje nam przepiękne widoki
roztaczając przed nami całą gamę barw. |
u pod noza gory
Marek Kaminski
baza na 5400 m
szczyt
|
| 30 stycznia
rano Maciek pośpiesznie gotuje śniadanie. Czuję się w miarę dobrze, chociaż
tego po mnie nie widać. Wysokość i zmęczenie robią swoje.Jest godzina 8
rano wychodzimy powoli , trzeba złapać rytm co pewien czas odpoczywając
i ciężko dysząc.Jestem lekko zdenerwowany, ponieważ gdzieś na dojściu zapodziała
się moja zapasowa kula.Docieramy na 6500m .Boli mnie głowa i muszę często
odpoczywać. Dopiero teraz ludzie zaczynają zwracać na mnie uwagę. Chłopcy
cieszą się, gdy ktoś ściska im ręce. To przecież oni biorą największy ciężar
wyprawy na swoje barki. Im należy się największe uznanie.Przechodzimy
Travers Canalletta i docieramy do najtrudniejszego odcinka naszej trasy.
Kule zapadają się bardzo głęboko nie pozwalając na przeniesienie ciała
wyżej. Serce bije bardzo mocno i oddech jest tak szybki i ciężki, że przypomina
oddech dyszącego psa . Robi się coraz później , we mnie pojawia sią zwątpienie.Andrzej
Biegun robi co może, by podtrzymać mnie na duchu. Pode mną była południowa
ściana Aconcagua. Mimo obaw i wątpliwości ruszyłem dalej, szczyt był na
wyciągnięcie ręki. Musiałem jeszcze raz zawisnąć na kulach. Szczyt zdobyłem
o godz. 18 45. Ogromna radość. Cieszymy się bardzo , że udało się nam zrealizować
nasze marzenia.Łzy szczęścia cisną się do oczu , dziękuję Maćkowi i Andrzejowi.
Nadchodzi noc , a na domiar złego szczyt zakrywa się chmurami, z których
pada śnieg. Trzeba myśleć o powrocie. |
Canaletto
Basa na 6000 m
Na szczycie
|

|