|
|
Przygotowania do ponownego zdobycia
Mont-Blanc polegały na ćwiczeniach na siłowni, długich wędrówkach po Beskidach
i Tatrach. Mariusz Kubielas,radny miasta Zywca,który dołączył do składu
naszej ekipy, zadbał o kwestie finansowe . Patronat nad wyprawą objął burmistrz
naszego miasta Pan Jerzy Widzyk, aktualnie Minister Rządu Polskiego.
|
| Wyruszyliśmy 19 lipca
1996.W tym składzie czułem się dobrze. Brakowało mi tylko mojej żony Ewy
- cichej autorki moich sukcesów.Tym razem wszystko było dopracowane w najdrobniejszych
szczegółach ; plan trasy, miejsca biwakowe, żywność, gaz i pieniądze potrzebne
na przeczekanie złej pogody. Wiedziałem co czeka mnie na najtrudniejszych
odcinkach drogi. Bardzo szybko dotarliśmy do Dôme du Gouter.Byliśmy na
wysokości 4304m kiedy pogoda zaczęła się zmieniać i od strony szczytu nadeszła
mgła.Do Vallott zostało 30m . Przy schronie tłoczyła się grupa ludzi, każdy
chciał jak najszybciej znaleźć się w środku.Moi koledzy Maciej i Andrzej
wbiegli do Vallotta, ja z Mariuszem powoli dochodziełem do wejścia.Przy
wejściu do schronu równocześnie z nami stanęła młoda Francuzka. Widząc
mnie o kulach przepuściła mnie pierwszego. Mając kłopoty z wejściem po
drabinie chwyciłem się konstrukcji i jednym ruchem podniosłem się na rękach
tracąc kontakt z ziemią.Nagle nastąpiła seria wyładowań atmosferycznych.
Słychać było nieludzkie krzyki. Przez ramię zobaczyłem jak Mariusz upadł
na plecy, a na nim zapaliła się kurtka.Mocne ręce Maćka wciągnęły mnie
do środka. Nikt nie wyszedł, by pomóc ludziom leżącym na zewnątrz. Mariusza
z nami nie było. Myślałem, że nie żyje. Gdy myślałem o tym co powiem jego
żonie, nagle wpadł do środka. Był popażony i mocno przestraszony.Do schronu
wniesiono Francuzkę, która mnie przepuściła. Położyli ją nieprzytomną na
metalowej podłodze.Dziewczyną zajęło się dwóch francuskich przewodników.Dzięki
Bogu odzyskała przytomność. Do najbardziej poszkodowanych został wysłany
śmigłowiec.Patrzyłem przestraszony w stronę siedzącej dziewczyny. Nasze
spojrzenia spotkały się na dłuższą chwilę cieszyłem się z tego, że żyję. |
| W Vallott zostaliśmy my i dwóch
francuskich przewodników wraz z klientami , dwoma chłopakami, którzy byli
mocno przestraszeni. Było to 22/07/1996.Pogoda była naprawdę straszna.Burze
śnieżne naprzemian z gradobiciem i ogromny wiatr.Tym razem mieliśmy bardzo
dużo jedzenia i gazu, a przewodnicy dokładne informacje o pogodzie. 23
lipca Francuzi postanowili schodzić. Byli zmęczeni i chorzy .Na koniec
poinformowali nas, że będzie jednodniowa poprawa pogody co może umożliwić
nam wejście na szczyt. 24 /07/1996 nad ranem ucichł wiatr i przestało padać.
Andrzej wyszedł na zewnątrz . Po nieżej Vallotta chmury, powyżej słońce
i szczyt. Postanawiamy iść. Owijam nogi folią i ruszam. Liną jestem
związany z Maćkiem.Za nami idzie Mariusz a za nim Andrzej.Szybko poruszamy
się w stronę szczytu.Wyłączam się, nie myślę o niczym - tylko o szczycie.
Działam jak maszyna, zimno, śnieg, wiatr nie mogą mi przeszkodzić. Na podejściu
mijamy schodzącego z góry wspinacza. Nie odpowiada na pozdrowienie. Nikt
z nas nie wie skąd się tu wziął. 24/07/ o 9- tej stanęliśmy
na szczycie Mont-Blanc. Ogromna radość, ale i zmęczenie. Fotografowanie
się i gratulacje.Boję się o moje nogi ,nie czuję ich od pasa w dół.Podczas
zejścia widzimy śmigłowce krążące w pobliżu szczytu. W Vallott dowiadujemy
się o tragedii, która rozegrała się po drugiej stronie wierzchołka.Napotkany
przez nas człowiek był Niemcem. Zostawił pod szczytem trzech swoich martwych
kolegów. Zostali uwięzieni przez burzę bez żadnych szans na powrót. Podczas
zejścia dochodzi do nas informacja o powodzi w Chamonix.Z tego miasta
dzwonimy do rodzin i bliskich. Łamanym głosem dzielimy się z nimi wiadomością
o zdobyciu szczytu Mont - Blanc. |
Krzysztof Gardaś chciałby
uzyskać informacje o młodej Francuzce, która była ewakuowa śmigłowcem z
Vallott 21 lipca 1996.Jeśli macie jakiekolwiek informacje dotyczące
tej osoby, proszę o kontakt
Beskid@i-france.com
|
|